Kto pisze te przepisy
Była dwudziesta trzecia czterdzieści, kiedy na telefonie mignął mi cytat. Domykałem akurat korektę JPK_V7 dla klienta, który kwartał wcześniej ujął jedną fakturę w złym okresie — drobiazg, dwadzieścia minut roboty i jedno pole „cel złożenia: 2". I wtedy ekran rozbłysnął nagłówkiem: prezes InPostu, Rafał Brzoska, w rozmowie na youtubowym kanale WarszawskiKoks ocenił klasę polityczną. Bez znieczulenia.
„Niestety, duża część osób, które są w polityce, to są ludzie, którzy w życiu niczego nie osiągnęli albo byli skończonymi przegrywami."
Parsknąłem i wróciłem do korekty. Ale zdanie zostało ze mną na resztę wieczoru — bo jak to z dobrą szpilą bywa, trafiło gdzieś blisko, choć nie do końca tam, gdzie celowało.
Problem nie w tym, czy ktoś wygrał, czy przegrał
Brzoska mierzy ludzi swoją miarką — biznesowym sukcesem. To jego prawo i jego scena; „przegrywami" to zresztą zdanie, które na takim kanale zbiera oklaski, więc traktujmy je z odrobiną dystansu, na jaki zasługuje każdy mocny one-liner powiedziany przy włączonej kamerze.
Ja patrzę z innego miejsca — zza biurka, na którym co miesiąc piętrzą się cudze JPK. I z tego miejsca diagnoza jest mniej efektowna, ale boleśniejsza. Nie chodzi o to, czy ci ludzie coś w życiu osiągnęli. Chodzi o to, że przytłaczająca większość osób, które piszą przepisy podatkowe, nigdy w życiu nie złożyła ani jednego JPK. Nigdy nie zapłaciła składki zdrowotnej z własnego konta. Nigdy nie dostała o dwudziestej trzeciej powiadomienia „masz nowe pismo w e-Urzędzie Skarbowym" i nie logowała się z duszą na ramieniu, żeby przeczytać, że jest winna czternaście groszy.
I te przepisy czytają się dokładnie tak, jakby pisali je ludzie, którzy nigdy ich na sobie nie wypróbowali.
Dowody rzeczowe
Nie trzeba daleko szukać. Składka zdrowotna po 2022 roku — formuła zmieniana tyle razy, że żaden przedsiębiorca, ani chyba żaden poseł, który nad nią głosował, nie policzyłby jej z głowy. Roczne rozliczenie składki, które samo w sobie stało się odrębną nauką. „Uproszczenia" ogłaszane na konferencjach z taką dumą, że pierwsza myśl księgowego brzmi: ciekawe, jaki nowy formularz się pod tym kryje.
Do tego klasyka gatunku: rozporządzenie, które ląduje w Dzienniku Ustaw trzydziestego pierwszego grudnia wieczorem, z mocą obowiązującą od pierwszego stycznia rano. Terminy wypadające w sobotę, bo ktoś nie spojrzał w kalendarz. Zmiany w trakcie roku podatkowego, jakby rok podatkowy był pojęciem umownym. Każdy, kto kiedykolwiek prowadził księgi, zna to uczucie: czytasz nowy przepis i widzisz, że jego autor nigdy nie siedział po naszej stronie lady.
To nie jest skarga na jedną partię ani na jedną kadencję. To jest skarga ponadpartyjna, składana co roku przez całe środowisko, niezależnie od tego, kto akurat rządzi. Bałagan legislacyjny nie ma barw klubowych.
Ale bądźmy uczciwi
Bo łatwo tu wpaść w ton, w którym przedsiębiorca jest święty, a polityk z definicji nierobem — a to byłaby ta sama uproszczona narracja, tylko odwrócona.
Rządzenie krajem to nie jest prowadzenie firmy od paczkomatów. Część tej legislacyjnej gęstwiny bierze się z rzeczy nudnych, ale realnych: z dyrektyw unijnych, z łatania luk, przez które wcześniej wyciekały miliardy, z godzenia interesów, których w spółce po prostu nie ma. To, co z gabinetu prezesa wygląda na zbędną biurokrację, bywa z perspektywy zwykłego konsumenta jakimś jego zabezpieczeniem. Deregulacja brzmi pięknie do momentu, w którym usuniesz akurat ten przepis, który komuś ratował skórę.
I jeszcze jedno — sam Brzoska przyznał, że są tacy, którzy idą do polityki misyjnie. Są. Znam paru radnych i urzędników, którzy harują za grosze i naprawdę chcą, żeby działało. Wrzucanie ich do jednego worka z „przegrywami" jest niesprawiedliwe dokładnie tak samo, jak wrzucanie wszystkich przedsiębiorców do worka z naciągaczami.
Skromna propozycja księgowego
Więc nie, nie żądam, żeby politycy byli „wygrani". Nie interesuje mnie ich majątek ani liczba spółek. Mam żądanie skromniejsze i, śmiem twierdzić, skuteczniejsze.
Niech każdy, kto podnosi rękę za nową ustawą podatkową, najpierw — własnoręcznie, bez księgowej, bez asystenta — złoży jedną korektę JPK. Zapłaci jedną składkę zdrowotną ze swojego konta. Odczeka swoje w infolinii. Dostanie jedno powiadomienie o czternastu groszach.
Nie egzamin. Jedno doświadczenie. Reszta zrobiłaby się sama — bo nic tak nie studzi zapału do skomplikowanych przepisów jak konieczność osobistego ich wypełnienia o dwudziestej trzeciej czterdzieści.
Korektę domknąłem po północy. Cel złożenia: 2. Klient nawet nie wiedział, że coś było nie tak — i o to właśnie chodzi, żeby nie wiedział. A cytat? Cytat sobie został. Nie dlatego, że się z nim w pełni zgadzam. Dlatego, że gdzieś tam, między „przegrywami" a moją korektą JPK, leży zdanie, którego naprawdę warto byłoby wysłuchać.